Płomyk co chwila rozpala się
Co jakiś czas zalany łzą przygasa
Cienie tańczące w oddali
Wśród lasów tajemnych
Rozświetlonych barwą księżyca
Trzymają się za ręce
Wirują, dziękując za wszystko ziemi
Modląc się od gwiazd
Stracił pamięć raz człek jeden,
Z miłości i czarów pocałunku,
Tych ust lekkich, elfki leśnej zjawy
Szmeru szelest liści, tętno wzmógł,
To znowu kruk, trwogę niepotrzebną wzbódził.
Nieba inkałst ciemniejący, to znów błyskiem rozświetlany,
Coraz szybciej grzmotem doganiany.
Wiatr w chciwości porywie tuman liści co rusz to porywał.
W rozpostarte skrzydła wiatr dmił nieustannie - lotki furkotały
Gwarnych mew szmer nieustanny, dolatywał z oddali
Końców skalnych głazów rozgrzanych, ostry dotyk czuł pod stopami
Z przymróżonych oczu, łzy lekko po policzkach spływały
Roztańczeni szamani wirowali w opętańczym szaleństwie
Kolory migocząc przywoływały wspomnienia dawnych zapomnianych krain
Otaczająca Ciemność jakby odeszła - nieistotna, ognie wypełniały przestrzeń
Wydawałoby się że wszyscy tańczyli zostawiając za sobą ślad żywego ognia.